Co dalej z Grecją po „nie” jakie powiedziała w referendum?

W Grecji właśnie zakończyło się referendum w którym mieszkańcy tego kraju opowiedzieli się przeciwko dalszym oszczędnością, które otworzyłby im drogę do kontynuowania tzw. pomocy międzynarodowej. Populistyczny rząd premiera Aleksisa Tsiprasa dostał w trudnym dla siebie momencie (trwający kryzys, zamknięte od tygodnia banki, limit wypłat z bankomatów) wiatr w żagle do dalszej twardej polityki wobec wierzycieli swojego kraju. Jakie to może mieć konsekwencje dla dalszego funkcjonowania Grecji i całej strefy euro? Co dalej może się stać?

 

Po pierwsze czy bez kolejnych transz pomocy finansowej Grecy dadzą sobie radę? Tu odpowiedz jest prosta. Dadzą sobie radę, ponieważ do tej pory ich kraj nie dostał tak naprawdę żadnej finansowej pomocy. Wszystkie przesyłane do tej pory do Grecji pieniądze od razu szły na konta niemieckich najczęściej, czy też francuskich banków. Grecy realnie nie widzieli ani jednego eurocenta z tej przesyłanej od kilku lat pomocy. Cały ten od lat spektakl z pomocą dla Grecji to ukryta pomoc publiczna (całej Unii Europejskiej) dla niemieckich i francuskich banków, które udzieliły pożyczek (kupując greckie obligacje) nie do spłacenia dla Grecji. Brak w związku z tym „pomocy unijnej” dla Grecji oznacza problem nie Greków, ale tych instytucji finansowych, które od lat udzielały im kredytów (najpierw były to banki, a następnie ci, którzy od banków to przejęli min. Międzynarodowy Fundusz Walutowy). Jeśli ktokolwiek do dziś sądził, że kiedyś te pieniądze od Greków jakoś odzyska to już wie, że nie. W związku z tym dla Grecji to żaden kłopot, a kłopot mają jej wierzyciele.

 

Grecja dziś tak naprawdę oświadczyła, że żadnych swoich długów spłacać nie będzie. Co więcej pokazała, że nic jej z tego powodu nie może się stać. Bo co im można zrobić? Zająć przez komornika meble w ambasadach będących na terenie Unii Europejskiej? Tego nawet aplikanci komorniczy z Polski nie potrafili by zrobić (choć ich operatywność ostatnio bywała wręcz przysłowiowa). Pomijając fakt, że to grosze na które nie warto by się było połaszczyć, jest to nawet prawnie nie możliwe bo to wkroczenie na terytorium suwerennego państwa czyli agresja. Wojny im też nikt nie wypowie, ani nie zajmie kilku wysp na Morzu Egejskim, które jak pięknie uczy przysłowie jest tak usiane wyspami jak niebo gwiazdami. Generalnie nic im Unia Europejska zrobić nie może.

 

Gdzie więc na Greków czekają niebezpieczeństwa? Problem tkwi w braku papierowej waluty w obiegu, czyli po prostu w fizycznym braku euro. Euro drukowane jest nie przez poszczególne państwa członkowskie (te biją jedynie monety co jest zresztą nieopłacalne) ale centralnie. Można więc Grekom tego euro nie dosłać i to jest dla nich pewien problem. Na razie sobie z nim radzą na kilka sposobów. Po pierwsze zamknęli banki i ograniczyli wypłaty z bankomatów bojąc się (nie bez powodów), że wszyscy nagle będą chcieli trzymać gotówkę w domu ze strachu przed tym, że cos się z nią stanie. Po drugie wszystko to dzieje się w samym środku sezonu turystycznego gdzie ciągle modna Grecja (zwłaszcza w obliczu tego co dzieje się np. w Tunezji czy Egipcie) jest zasilana przywożonymi euro przez turystów. Po trzecie wreszcie jak brakuje euro w obrocie przechodzą na inne środki rozliczeniowe (w północnej Grecji na szeroka skalę posługują się np. bułgarskimi lewami, które wybierają za granicą w bankomatach). Wbrew pozorom można tak całkiem długo. Zwłaszcza w środku sezonu turystycznego. Jeśli jeszcze dopracowaliby wzajemny system rozliczeń bezgotówkowych (na wzór w Danii gdzie coraz częściej rozważa się czy w ogóle nie wycofać papierowego pieniądza z obiegu bo wszyscy płaca kartami, albo telefonami komórkowymi) to w zasadzie można tak nieomal w nieskończoność i to nawet bez wprowadzanie czy też przywracania własnej waluty czyli drachmy. Choć pewnie jej przywrócenia byłoby rozwiązaniem dla wszystkich prostszym.

 

Czy tak się stanie? Zobaczymy. Jedno jest pewne. Teraz problem ma Unia Europejska, a ściślej tzw. strefa euro. Wprowadzili na siłę rozwiązania o charakterze politycznym nie mające uzasadnienia gospodarczego (jedna waluta w wielu państwach i systemach finansowych) i dziwią się teraz, że system nie działa. Nie będzie działał. Co więcej. Za chwilę, jak się Grekom uda, to samo zrobią Portugalczycy, Hiszpanie lub Włosi. Jeśli w akademiku przyjąć zasadę, że wszyscy korzystają z wspólnej dużej lodówki to z cała pewnością szybko skończyłoby się w niej jedzenie. Zawsze się bowiem znajdzie ktoś kto tylko podjada i nie dorzuca do wspólnego przedsięwzięcia. Jak widać pomysłodawcom euro zabrakło wyobraźni, a już na pewno zabrakło jej tym, którzy do tego przedsięwzięcia przyjmowali na siłę kogo się da bo kalkulacja polityczna była ważniejsza od ekonomicznej.

 

Moja ocena sytuacji nie usprawiedliwia bynajmniej samych Greków i ich, najdelikatniej rzecz ujmując, nonszalanckiego podejścia do spraw finansów we własnym kraju. Z drugiej jednak strony trudno im się dziwić. Dewiza, że jak ktoś daje to trzeba brać, a jak bije to warto uciekać, dotyczy nie tylko pojedynczych ludzi, ale cały państw.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress